Ten wpis powinien być krótki – przychodzę, wklejam filmiki i wychodzę. Tyle, że czuję, że muszę napisać choćby parę słów wstępu. Sprawa bowiem tyczy się wykonawczyni znanej pod pseudonimem Lady Gaga. Wiem – nie ma co tu się produkować. Wypuszcza na rynek coraz to nowe utwory, które są lansowane na niesamowite hity, które mają poderwać masy do ruchu. Co więcej, to chyba działa, bo ludzie mówią o niej, a w radiach i odtwarzaczach słyszę rytmy pop-elektroniki. Stwierdziłem, że nie będę gorszy i też zaaplikuję sobie trochę jej twórczości…
… ze skutkiem niemalże śmiertelnym.
Nie zrozumcie mnie źle – każdy może słuchać, co się mu podoba. To też nie wpływa na obiór osób, bo klasyfikowanie ludzi względem muzyki jest niedobre…
… ale jak trzeba być spaczonym, żeby jej słuchać?
I wtedy to pojawia się grupa ludzi, przynosząca prawdziwie dobrą nowinę. Podchodzą z gitarami i zaczynają śpiewać. Nie, nie chodzi mi o jakiś zespół chrześcijańskiego rocka, tylko cover Bad Romance tytułowej bohaterki.
Prawda, że lepiej? I w tym wypadku nie przyjmuję sprzeciwu. Ale najbardziej mnie zaskoczył inny film, a mianowicie akustyczna wersja Poker Face. Sami sprawdźcie:
Tak, to Lady Gaga we własnej osobie. I tu pada pytanie – czy nie mogłaby nagrywać wersji akustycznych wraz z tymi “normalnymi”? Albo inaczej – czy stacje radiowe muszą katować nas tym “czymś”, co puszczają, zamiast czegoś bardziej strawnego?
To pytanie zostaje niestety bez odpowiedzi…

